Strona główna » Blog » Dlaczego Aussie i jak wybrałem hodowlę?

Dlaczego Aussie i jak wybrałem hodowlę?

No dobrze. Trzeba to przyznać na samym początku. Kobi jest psem pandemicznym. Różne szalone pomysły przychodziły wtedy ludziom do głowy a nam strzelił taki: nasza starzejąca się goldenka potrzebuje towarzystwa, który ją rozrusza. A poza tym jak się ma już jednego psa to dwa to nie jest duża różnica, prawda?

Powstało pytanie: jaka rasa. Jedno było pewne na samym początku – nie golden retriver. Moje córki uznałyby to za zdradę wobec Demi.

Duży wpływ na wybór rasy miała też kolejna pandemiczna okoliczność – internet stał się naszym głównym oknem na świat. A tam odkryliśmy relacje z różnych psich zawodów. Takich jak np te zawody agility. Strzeliła mi wtedy do głowy myśl, że chciałbym aktywnego psa, który wyrwie mnie z kanapy i objęć Netflixa.

Zaczęło się przeglądanie ras. Ten za mały, ten za duży, ten się ślini, ten brzydki, ten nie lubi ludzi, ten nie lubi zwierząt, ten zbyt myśliwski a ten lubi chorować. I na końcu właściwy kształt, wielkość, intelekt i charakter okazało się, że ma owczarek australijski 😀

Przeczytaliśmy wszystko co można było na temat tej rasy, obejrzeliśmy tonę filmików a nawet wysłuchałem ponad dwugodzinnego wywiadu z jednym z hodowców. Uzbrojony w całą tę wiedzę postanowiłem przejść do czynów, wpisałem w wujka Googla „hodowla owczarek australijski” i nastąpiła mała konsternacja. Po pierwsze tych wyników nie było jakoś dużo, po drugie ceny ups… trochę inne niż się spodziewałem :] I nie dlatego, że „coś tanio”.

Do tego część hodowli hmm miała od razu podejście, żeby dostarczyć wszystkie dane o sobie, zaczynając od wielkości rodziny a kończąc zgodzie pradziadków i odciskach linii papilarnych sąsiadów. Egzamin wstępny trudniejszy niż na studia. I o ile doskonale rozumiałem dlaczego tak jest (o tym za chwilę) to z jakichś buntowniczych powodów taki początek procesu zakupu psa był na mojej liście oczekiwań co do hodowli.

Co jeszcze było na tej liście?

Długa nie była:

  • żeby psiaki miały ogony (mimo, że bliższe wzorca są bezogoniaste. Ja wolę te z ogonem.. A i taki pies ma łatwiej w życiu w kwestii komunikacji z innymi psami)
  • żeby hodowla była względnie blisko 🙂
  • żeby można było obejrzeć szczeniaki w ich „codziennym środowisku”. Jakiś artykuł uczulił mnie, żebym nie ufał hodowcom, którzy precyzyjnie umawiają się na konkretną godzinę, pokazują tylko część psiaków i do tego wyciągniętych z miejsca gdzie spędzają swoje młode życie.
  • żebym to najpierw ja miał pytania do hodowcy o psy, a nie to on do mnie prześwietał
  • żebym mógł mieć możliwość określenia swoich preferencji co do tego jakiego psa chcę. A marzył mi się chłopak blue-merle i nie kupowałem często spotykanego określenia, że hodowca nie sprzedaje psa po umaszczeniu tylko wg charakteru. Czytałem też wtedy wypowiedzi behawiorystów, którzy między bajki włożyli hipotezę, że cechy parotygodniowego szczeniaka przekładają się na zachowanie dorosłego psa. [ale przyznam, że umaszczenie było dla mnie kwestią wtórną… chodziło tylko o zasadę]

No cóż, może nie była to zbyt ambitna lista i teraz pewnie bym zbadał rodowód psa do 10 pokoleń wstecz ale no cóż – pierwszy raz kupowałem psa (Demi była znajdą). Ale uzbrojony w takie wymagania zadzwoniłem do Pani Małgosi, która udzielała wyżej wspomnianego wywiadu. Punkt o odległości – kej hodowla znajduje się w Olsztynku a często tam bywam – odhaczony. Punt o środowisku – „Jasne, jak pan będzie w pobliżu niech pan zajrzy” – odhaczony. Dodatkowo przeprosiła mnie, że nie odebrała od razu, bo akurat jest na konferencji nt genetyki psów – fajny bonus w kontekście kompetencji.

W końcu byłem w pobliżu, podjechaliśmy, chciałem tak na chwilę zajrzeć i spytać jak wygląda u niej kwestia kupna psa. I z planowanych piętnastu minut zrobiły się dwie godziny. Pani Małgosia opowiedziała nam o wszystkim o co pytaliśmy. O wielu rzeczach o których nie pytaliśmy też. Sami też opowiadaliśmy dlaczego Aussie i o tym, że chłopak by mój babiniec trochę odmienił, że futro co prawda to nieistotne aaaaaleeee jakby był blue-merle to super. Było to po prostu miłe spotkanie. Smuteczek pojawił się dopiero jak się okazało, że miot planowany jest dopiero za 3 miesiące jak się wszystko uda. Ale poczekaliśmy, potem ciążę. Przez ten czas myśleliśmy nad imieniem. I potem pojawił się on – Kobi. Psiak, który rozruszał towarzystwo 🙂 Ale to już historia na inne wpisy.

Wracając do „wymagań wstępnych” hodowców. Rozumiałem wtedy i rozumiem teraz tym bardziej dlaczego je mają. Słyszałem o przypadku, że ktoś chciał takie i takie umaszczenie bo pasuje do tapicerki mebli. Jak już się Kobi pojawił okazało się też, że to bardzo modna rasa i ja się niechcący stałem bardzo modny (nie wiedziałem, to pierwszy raz w życiu… przepraszam wszechświecie). Więc na pewno była też kupa ludzi, którzy po prostu chcieli być modni. Parę takich psów na spacerach w Warszawie widziałem – my ubłoceni i szaleni, a spotkany kolega puszysty nie tylko dlatego, że wyczesany. Po prostu to nie jest rasa dla każdego i w ten sposób hodowcy oszczędzają czas. Ale ja wiedziałem, że to właściwy wybór dla nas obydwu. Miałem rację :]

Leave a Comment